Dziś: czwartek,
16 września 2021 roku.
Pismo społeczne, ekonomiczne i literackie
Archiwum 2014
Bez wolnej Ukrainy nie będzie wolnej Polski (z nr 467)


Piłsudski i Petlura wśród żołnierzy polskich i ukraińskich. Stanisławów 1920

Zainteresowanie, jakie wzbudziły w Polsce wydarzenia na kijowskim Majdanie Niepodległości, skłaniają do refleksji nad przyszłością relacji polsko-ukraińskich. Niemal wszystkie siły polityczne w Polsce są zgodne, co do stwierdzenia Jerzego Giedrojcia: nie będzie wolnej Polski bez wolnej Ukrainy. Przed wskazaniem odpowiedzi na temat pożądanego kształtu polsko-ukraińskich stosunków w warto prześledzić lekcję przeszłości.

DWA OBOZY

Gdy pod koniec XIX wieku w Galicji zaczął rodzić się nowoczesny naród ukraiński, polska inteligencja nie od razu doceniła ten fakt. Już wtedy jednak pojawiły się obawy o polski charakter prowincji. Z drugiej zaś strony jest to okres pierwszych koncepcji prometejskich. Piłsudczyk Leon Wasilewski jeszcze przed pierwszą wojną przekonywał, że klucz do historycznego zwycięstwa nad Rosją wiedzie przez rozczłonkowanie imperium według kryterium narodowościowego.

Prometeizm oznaczał dążenie do czynnego wsparcia nierosyjskich narodów imperium w ich walce wolnościowej. Przejawem próby praktycznej realizacji owej koncepcji była wyprawa kijowska Piłsudskiego w maju 1920 roku. Na kilka dni Polacy i petlurowcy zajęli Kijów. Nie udało się jednak zrealizować uzgodnionej z liderem Ukraińców Semenem Petlurą idei utworzenia Ukrainy w sojuszu z Polską. Traktat Ryski kończący wojnę polsko-bolszewicką wytyczył granicę przecinającą Ukrainę na pół między Polskę i ZSRR. Pytanie czy Polska w czasie ryskich negocjacji mogła zrobić więcej dla sojusznika trudno rozstrzygnąć. Faktem jest, że zapisy o uznaniu radzieckiej Ukrainy i internowanie petlurowców zostawiły zadrę w psychice Ukraińców, wielu uważało potem, że to swego rodzaju ukraińska Jałta.

W wyniku Traktatu w Rydze Ukraina została podzielona między Polskę a rodzący się Związek Radziecki. Przed młodą Rzeczpospolitą stanął problem ułożenia relacji z najliczniejszą (około 5 milionów) i zamieszkującą zwarty obszar mniejszością narodową. W polskiej publicystyce  międzywojnia ścierały się dwie zasadnicze koncepcje.

Pierwsza to właśnie prometeizm. W nurcie tym obok idealisty Wasilewskiego wyróżnić można także skrzydło pragmatyczne redaktora naczelnego „Biuletynu Polsko-Ukraińskiego” Włodzimierza Bączkowskiego, który przekonywał, że za zbliżeniem naszych dwóch narodów przemawia nie idealizm, ale twarda logika geopolityki, czyli przede wszystkim wspólny wróg Rosja. Jednak mimo, że trudno zarzucić Bączkowskiemu fascynacje Ukrainą jego Biuletyn zrobił w ciągu sześciu lat istnienia (1933-1939) naprawdę wiele dla procesu wzajemnego zrozumienia. Generalnie istotą prometeizmu było przekonanie, że nie będzie możliwe utrwalenie polskiej niepodległości, jeżeli w pasie ULB (Ukraina-Litwa-Białoruś) nie dojdzie do powstania państw oddzielających Polskę od odwiecznego wroga-Rosji. Czy myślenie takie wynikało z motywacji idealistycznej, czy realistycznej to już sprawa drugorzędna. Trzeba podkreślić, że właściwie wszyscy zwolennicy opcji prometejskiej nie dopuszczali rezygnacji przez Polską z Kresów Wschodnich. Niepodległą Ukrainę widzieli na ziemiach opanowanych przez ZSRR.

Prometeizm nie został jednak zaakceptowany przez wszystkie główne nurty polskiej myśli politycznej. Zdecydowanie sprzeciwiła się tej idei Narodowa Demokracja. Roman Dmowski uważał, że jeżeli powstanie niepodległa Ukraina, to stanie się ona „międzynarodowym domem publicznym”. Wielu endeckich publicystów odmawiało w ogóle Ukraińcom miana narodu, nazywając ich Rusinami. Generalnie Narodowa Demokracja dążyła do asymilacji Ukraińców, wchłonięcia ich przez żywioł polski. Endecja ostrzegała, że jeżeli powstanie niepodległa Ukraina Niemcy zyskają strategicznego sojusznika w regionie (sympatie proniemieckie były na Ukrainie bardzo silne).

Polityka władz II RP nie może być zaszufladkowana do żadnej z tych dwóch koncepcji. Ukraińcy, związani z siłami umiarkowanymi, odcinający się od ideologii nacjonalistycznej wiązali duże nadzieje z zamachem majowym, wierzyli, że Piłsudski nie wyrzekł się myślenia prometejskiego. Pierwsze lata rządów sanacji faktycznie rodziły nadzieję na pojednanie. Trzeba jednak podkreślić, że dwaj główni rzecznicy pojednania Tadeusz Hołówko i Bronisław Pieracki zostali zamordowani przez ukraińskich nacjonalistów.

Lata 30-te przekreśliły nadzieję na ugodę. Rosnące w siły nacjonalizmy, zarówno polski jak i ukraiński nie dały się okiełznać przez polityków umiarkowanych. Po stronie Ukraińców także wzrastał nacjonalizm, na sile przybierała zwłaszcza Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów. Słabło też dążenie do porozumienia po stronie sanacji. Druga wojna światowa ostatecznie przekreśliła rachuby na pojednanie.

Rzeź wołyńska, akcja Wisła i inne tragiczne wydarzenie zdawały się wykopać mur między narodem polskim i ukraińskim. Polakom ciężko było także pogodzić się z utratą Lwowa i Wilna. Konflikt tych dwóch narodów dawał argumenty zwolennikom poglądu, że Europa środkowo-wschodnia to „beczka prochu”, która wybuchnie w razie upadku komunizmu.

Przełomem okazał się opublikowany w 1974 w paryskiej „Kulturze” artykuł Jerzego Giedroycia i Juliusz Mieroszewskiego a dotyczący pasa ULB. Autorzy jednoznacznie twierdzili, że niepodległość państw tego obszaru jest dla Polski zjawiskiem korzystnym. Co więcej, jeśli Polska chce kiedyś odzyskać na trwałe wolność musi zrezygnować z dawnych Kresów.

CO POCZĄĆ, GDY WRÓG ZNIKNĄŁ

Chyba nikt nie spodziewał się skali, w jakiej koncepcja „Kultury” zmieni świadomość Polaków odnośnie polityki wschodniej. Idea „bez wolnej Ukrainy nie będzie wolnej Polski” została zaakceptowana przez znaczą część solidarnościowej opozycji. Gdy w 1989 roku Polska ponownie wybijała się na niepodległość było jasne, że musi określić swój stosunek do pasa ULB.

W latach 1989-1991 uwarunkowania były takie, że pas ten wciąż wchodził w skład państwa radzieckiego. A w Polsce stacjonowały radzieckie wojska. Polska musiała więc wyważyć między idealistycznym wsparciem narodów ZSRR w walce „o naszą i waszą wolność” a stosunkami politycznymi z potężnym sąsiadem. Minister Skubiszewski przyjął politykę unikania gestów, które mogłyby dać ZSRR pretekst do oskarżenia Polski o dążenie do rozbicia ZSRR.

Jednocześnie jednak szeregowi posłowie dawnej „Solidarności” oraz członkowie opozycji demokratycznej wykonywali gesty sympatii wobec wolnościowych ambicji Ukraińców, Litwinów i innych narodów ZSRR. Na przykład Adam Michnik wystąpił w listopadzie 1989 roku na kongresie ukraińskiej organizacji opozycyjnej Ruch i niemal wprost wzywał Ukraińców do wybicia się na niepodległość.

Ograniczenia w relacjach polsko-ukraińskich zniknęły ostatecznie, gdy nieudany pucz Janajewa przypieczętował rozpad ZSRR. Po raz pierwszy w historii Polska i Ukraina mogły budować swoje relacje jako niepodległe państwa.

Z dzisiejszej perspektywy wydaje nam się oczywiste, że relacje te są poprawne  a Polska nie żądała rewizji granic. Jednak pięćdziesiąt lat temu scenariusz taki wydawał się scenariuszem ciężkim do wyobrażenia. Trudno przecenić nie tylko „mit Giedroycia”, ale też jego recepcję przez polityków zarówno lewicy jak i prawicy. Zwłaszcza od połowy lat 90-tych polscy politycy byli skłonni widzieć w Ukrainie strategicznego partnera.

Prezydent Kwaśniewski popierał europejskie aspiracje Ukrainy bez względu na przejawy łamania przez administrację Kuczmy zasad demokracji. Postawa taka narażała go zresztą na oskarżenia o wspieranie autokratycznego reżimu. W pewnym momencie Polska zdawała się być jedynym państwem europejskim skłonnym widzieć w Ukrainie partnera. Trzeba jednak podkreślić, że Kwaśniewski utrzymywał kontakty także z ukraińską opozycją.

Niezwykle istotnym wydarzeniem w naszych relacjach z Ukrainą była tak zwana „pomarańczowa rewolucja”. Poparcie niemal całej polskiej klasy politycznej dla wolnościowych aspiracji Ukraińców, rola Polski w rozwiązaniu kryzysu stworzyły szansę na jeszcze lepszy stan tych relacji. W Polsce uwierzono, że Ukraina dokona  jednoznacznie „europejskiego” wyboru. Szybko jednak okazało się, że rzeczywistość odbiega od marzeń. Mimo to obie główna partie w latach 2005-2007 czyli Platforma Obywatelska i Prawo i Sprawiedliwość zdawały się podzielać doktrynę wspierania europejskich aspiracji Ukrainy bez względu na jej problemy wewnętrzne. Skłócone ekipy „pomarańczowych” były jednak partnerem coraz trudniejszym.

Doktryna polityki względem Ukrainy zmieniła się nieco, gdy władzę objęła Platforma Obywatelska. Jej rząd chciał widzieć Polskę między najsilniejszymi państwami kontynentu a do tego jego zdaniem konieczne było pojednanie z Moskwą. Jednocześnie tezy o szczególnej wadze stosunków z Ukrainą, czy współpracy wyszehradzkiej nowa administracja uznawała za zbyt sentymentalne. Stąd można było odnieść wrażenie, że PO próbuje pojednać się z Rosją, bez uwzględniania interesów Ukrainy.

Na ten sposób myślenie wpływ miało po pierwsze przekonanie nowej ekipy, że Polska aby wzmocnić swą pozycję w Brukseli musi mieć względnie dobre relacje z Rosją po drugie pewne zniecierpliwienie sytuacją wewnętrzną na Ukrainie. Natomiast prezydent Kaczyński pozostał rzecznikiem idealistycznego stosunku do polityki wschodniej, łączyły go zresztą szczególnie dobre osobiste relacje z Wiktorem Juszczenką. Koncepcja polityki wschodniej PiS-u zakładająca równoważenie wpływu Rosji, poprzez wspieranie silnych, demokratycznych państw na obszarze byłego ZSRR - nawiązywała zresztą do doktryny prometejskiej.

Jednak już w 2009 roku Polska wspólnie ze Szwecją stworzyła koncepcję Partnerstwa Wschodniego. Choć nie udało się uzyskać od Unii obietnicy przyszłego członkostwa dla wschodnich sąsiadów pomysł należy ocenić pozytywnie. Trzeba podkreślić, że idea partnerstwa od początku budziła negatywne emocje w Rosji.

Na ewolucję poglądów ministra Sikorskiego wpłynęła być może wojna rosyjsko-gruzińska, które uwydatniła imperialne ambicje Rosji na obszarze postradzieckim. Partnerstwo oferuje krajom Europy wschodniej wymierne korzyści z dostępu do wspólnego rynku w zamian za przestrzeganie zasad demokracji i państwa prawa.

Nowością są pogłębione umowy stowarzyszeniowe, takie jaką miała podpisać Ukraina. Dają one partnerom ze wschodu uprzywilejowany dostęp do wspólnego rynku. Problem jednak w tym, że Unia nie jest na obszarze postradzieckim bezalternatywna. Integracja z Rosją także może dać państwom WNP korzyści gospodarcze, doraźnie nawet większe. Rosja nie stawia natomiast żadnych wymagań odnośnie demokracji i praw człowieka, co dla polityków takich jak Alijew, Łukaszenko czy Janukowycz jest zdecydowanie korzystniejsze.

Poza tym wzorowana na Unii Europejskiej Unia Celna to zdecydowanie najszerszy i chyba najciekawszy z dotychczasowych projektów integracyjnych pod egidą Moskwy. Wydaje się, że Unia, aby być atrakcyjna na obszarze wschodnim musi dać państwom partnerstwa obietnice członkostwa (oczywiście po spełnieniu niezbędnych wymagań). W przeciwnym razie to Moskwa może się okazać zwycięzcą tej gry.

GRA O KIJÓW

Polska znów stała się  głównym adwokatem Ukrainy. Polska zrobiła w sprawie umowy naprawdę dużo a odpowiedzialność za jej niepodpisanie spada na Janukowycza. W czasie kryzysu Polska przyjęła postawę kontrolowanej otwartości, tak aby z jednej strony nie zamykać drzwi dla Ukrainy z drugiej nie dopuścić do „targów” Unii z Kijowem o pieniądze.

Cieszy natomiast, że po raz kolejny okazało się, iż europejski wybór Ukrainy cieszy się w Polsce ponad partyjną sympatią. Wizyty polskich polityków  w Kijowie należy ocenić pozytywnie, pokazują bowiem zwykłym Ukraińcom, że Polacy stoją po ich stronie. To samo zresztą dotyczy odbywających się w całym kraju demonstracji poparcia dla Euromajdanu.

WNIOSKI

W przyszłości Polska polityka względem Ukrainy powinna się wystrzegać dwóch pułapek. Z jednej strony przekonania, że Ukrainę należy przyciągnąć do Europy bez względu na jej własne starania. Polska powinna być „adwokatem Ukrainy” w UE, nic nie zastąpi jednak wysiłku samej Ukrainy. Co więcej, nasz kraj by dołączyć do Wspólnoty musiał spełnić szereg twardych wymagań i to samo powinien zrobić Kijów.

 Tym niemniej ewentualna próba pojednania z Rosją ponad głowami Ukraińców byłaby ogromnym błędem. Rosja raczej długo jeszcze nie będzie normalnym, demokratycznym państwem i koncepcja przeciwwagi ma swoje uzasadnienie. Jeżeli zaś takim państwem się stanie to nie powinna jej przeszkadzać silna, demokratyczna Ukraina. Ważne także by polsko-ukraińskich relacji nie zatruły wątki historyczne.

Do tej pory pokazywaliśmy, że mimo trudnej przeszłości i odmiennych jej interpretacji potrafimy rozmawiać. Ukraińcy muszą dojrzeć do dyskusji o swojej trudnej historii, dla nas ważne jest by nie skierować coraz silniejszego ukraińskiego nacjonalizmu przeciwko Polsce (obecnie kieruje się on raczej przeciwko Rosji). Nie wolno nam absolutnie zapominać o naszych ofiarach, jednak relacje z Niemcami pokazują, że można o nich pamiętać bez szkody dla wzajemnych stosunków.

Mimo wszystko polscy politycy i dyplomaci dobrze zdali egzamin ze stosunków z Ukrainą po 1991 roku. Teraz pora by ten egzamin zdali politycy unijni.

Łukasz KOŁTUNIAK

Передплатити „Dziennik Kijowski” можна протягом року в усіх відділеннях зв’язку України