Dziś: wtorek,
19 listopada 2019 roku.
Przegląd do nr 603 – listopad 2019 r.
Przeczytaj
Z cyklu OPOWIEŚCI EPICKIE

Coraz więcej osób intensywnie uczy się co najmniej kilku języków obcych, mimo że wystarczy poznać angielski, aby móc sobie poradzić w konwersacji w zasadzie na całym świecie. Niektórzy uczą się dla własnego hobby i pasji, inni z przymusu, jeszcze inni dlatego, że czerpią z nauki przyjemność, a nauka języków to nic innego jak doskonała gimnastyka dla mózgu. Niestety nie wszystkim nauka języka przychodzi z łatwością. Świadczą o tym, chociażby szczere wyznanie wybitnego powojennego pisarza, reżysera filmowego, filologa i językoznawcy Tadeusza Konwickiego z jego "Pamfletu na siebie":

„Pośrodku tłumu amerykańskich literatów, wydawców i dziennikarzy stałem w salonie nowojorskiego PEN Clubu, któremu w owym czasie prezesował Jerzy Kosiński. W garści ściskałem dwa żetony na dwa drinki, otrzymane przy wejściu. Miałem już tu wydanych kilka książek, przyjechałem z interesującego kraju, więc ten i ów podchodził do mnie, usiłując zagaić rozmówkę towarzyską albo profesjonalną.

Ale ja, niestety, z obcych języków znałem tylko polski. Zatem po paru próbach w rodzaju: "How are you", "Are You Polish?", "I am fine" mój interlokutor odchodził zniechęcony.

Więc stałem tak dumnie i samotnie pośrodku wielkiej sali i widziałem skierowane na siebie zaciekawione spojrzenia i obserwowałem usiłowania różnych życzliwych dam i panów, żeby się do mnie zbliżyć. Lecz ten pierwszy mój rozmówca informował wszystkich ściszonym głosem: "Daj spokój, on w żadnym języku nie mówi".

I poczułem się przybyszem z jakichś poduralskich stepów, pastuchem stad wielbłądzich z trombitą w rękach, w wojłokowym szarafanie i w butach o zagiętych noskach, i ogarnął mnie strach, że zawyję raptem w jakimś starocerkiewnym narzeczu, i odtańczę co najmniej lezginkę. W tym momencie właśnie ogarnęła mnie jakaś przepotężna słowiańska siła, spod Grunwaldu wyniesiona determinacja, jakaś potworna duma prawnuka litewskich bojarów, i postanowiłem zaraz, natychmiast nauczyć się angielskiego.

 Ochłonąwszy trochę, już w Warszawie, nabyłem kilkanaście samouczków oraz zestaw płyt i kaset magnetofonowych z lekcjami tego tajemniczego języka.

Nazajutrz, wyświeżony i energiczny, już o szóstej rano włączyłem gramofon, magnetofony i raźno zabrałem się do samouczków. Pierwszy rozdział nazywał się "First Lesson". Nie był długi. Kilka stron. W południe miałem już przyswojoną pierwszą połowę rozdziału "First Lesson". Do wieczora opanowałem drugą część w wielkim stylu. Ale zanim poszedłem spać, okazało się, że zupełnie nie pamiętam pierwszej połowy "First Lesson". Zasnąłem mocno zgnębiony.

Rano zabrałem się do tej pierwszej części od nowa. Ale zupełnie zapomniałem końca "First Lesson". Przez cały miesiąc mocowałem się z tym rozdziałem, zapominając to końca, to początku. Wreszcie dałem spokój. Kompletnie załamany, słuchałem płynących z mojej elektroniki stęknięć i myczeń, które nazywają się językiem angielskim. Bezradnie kartkowałem tę nieszczęsną "First Lesson", która stała się początkiem i końcem mojej lingwistycznej edukacji.

Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Im zajadlej uczyłem się angielskiego, tym lepiej mówiłem po rosyjsku. […]

Nie mam pretensji o ten angielski. Zanurzyłem się w polskim jak w płytkiej sadzawce. Dobrze się muszę namęczyć, żeby dopłynąć do drugiego brzegu. A ten język snobów i perkusistów tylko by mi mącił zdrową słowiańską myśl i piastowski rozsądek”.

PS.
W 1973 został Tadeusza Konwicki wybrany został prezesem amerykańskiego Penclubu, którą to funkcję sprawował przez dwie kadencje.

KOS

Передплатити „Dziennik Kijowski” можна протягом року в усіх відділеннях зв’язку України