Dziś: wtorek,
19 listopada 2019 roku.
Przegląd do nr 603 – listopad 2019 r.
Przeczytaj
„To jest mój kraj”
„Sercu nie rozkażesz”: kocham Polskę i jej mieszkańców!

Niedawno Zaporoże odwiedził nasz krajan Siergiej Kriuczkow – gwiazda skali światowej, trębacz, wokalista, aktora, człowiek, którego francuska prasa nazywa "Białym Luisem". Członkowie Polskiego Związku Polaków Zaporoża „Polonia” (prezes Lidia Jegorowa) spotkali się ze znanym jazzmanem na długo przed koncertem, zapraszając go na posiedzenie klubu językowego. Tam mogli oni otwarcie porozmawiać ze znanym rodakiem.

- Panie Siergieju, od kiedy mieszka Pan w Polsce?

- Od 28 lat ... Teraz mieszkam w mieście Reda, nad Morzem Bałtyckim, pod Gdynią.

- A dlaczego właśnie w Polsce? Czemu taki wybór?

- W 1991 roku Związek rozpadł się na odrębne państwa, a w czasie kryzysu trzeba było jakoś przetrwać. Zaproponowano mi w składzie zespołu „Diksi D (Dniepropietrowsk), pracę we Wrocławskim Klubie Jazzowym "Rura". Teraz, niestety, już go nie ma. W latach 80. i 90. było to miejsce kultowe. Wyjechaliśmy na tydzień, a zostaliśmy na półtora miesiąca, potem we Wrocławiu otworzyliśmy „Spiś” - restaurację piwną na Placu Ratuszowym. Tam jako „home band” pracowaliśmy prawie rok.

- A nie mieliście ochoty osiąść w jakimś innym kraju europejskim?

- Wyszło tak, że pracowaliśmy też w Bawarii. Jednak w Niemczech nie spodobało się ani mnie, ani moim muzykom. Dlatego wraz z zespołem wróciliśmy do Polski. Ale już nad Bałtyk, do Juraty ( hotel "Bryza". Tam przepracowaliśmy 13 lat. Nie zamierzałem emigrować, tak się po prostu stało. Oczywiście bardziej opłaca się pracować w Niemczech, ale sercu nie rozkażesz. Bardzo lubię Polskę: ludzi, przyrodę. W Niemczech jest nudnie: przed obiadem wszyscy jadą na rowerach na prawo, po obiedzie - na lewo. I jeżeli pójdziesz na prawo, to wszyscy patrzą na ciebie jak na idiotę.

- Jazz to muzyka dla wybranych. Trudno nazwać go rodzajem muzyki powszechnie lubianej...

- Uwielbiam jazz. Polubiłem go, gdy miałem 4 lata. Usłyszałem wtedy gorącą przenikającą muzykę amerykańskiego zespołu rockowego "Chase", która mnie oczarowała.

Potem, niestety, w sierpniu 1974 roku Bill Chase - główna postać zespołu, zginął w katastrofie lotniczej. Można się tylko domyślać, jak niezwykłą muzyką moglibyśmy cieszyć się przez te wszystkie lata.

- Czy nie myślał Pan o przekwalifikowaniu się na pop lub chanson śpiewaka, jak na przykład uczynił to Oleg Winnyk, który powrócił na Ukrainę i dziś zbiera pełne sale?

- Tak, dziś mamy popyt na muzykę popularną, ale osobiście ona mnie się nie podoba. Ludzie, oczywiście są różni: niektórzy uwielbiają taką muzykę, inni - pieniądze, a niektórzy sam proces ich zarabiania. Nawiasem mówiąc, nie lubię też współczesnego jazzu. Ale ten tradycyjny to jest to! Chociaż nieraz trzeba iść na kompromis, być ciekawym dla publiczności, po to by chodzili na twoje występy.

- W jaki sposób opanował Pan język polski? Na kursach czy samodzielnie?

- Zgłębiałem go w środowisku. Nie było żadnych kursów. Jakoś to wyszło - samo przez się. Po dwóch miesiącach pobytu w Polsce mówiłem już nieźle.

-  Teraz po 28 latach przebywania w Polsce może Pan mówić bez akcentu?

- Mogę, ale nie przejmuję się tym. Czasem folguję i zaczynam wypowiadać niektóre słowa nieprawidłowo (na przykład z miękkim "cz"). A ponadto akcent (śmieje się) mnie karmi. Chodzi o to, że kino potrzebuje postaci, które mówią po polsku ze wschodnim akcentem. Moja córka mówi po polsku już doskonale, myśli po polsku, choć ukończyła filologię rosyjską i pracuje jako tłumacz.

- A w domu, w rodzinie, w jakim języku rozmawiacie?

- Wyłącznie po polsku.

- Powiadają, że w Polsce, w odróżnieniu od Ukrainy panuje matriarchat i Polki są bardziej wymagające niż Ukrainki. Czy to prawda?

- Tak, Polki jest bardziej niezależne.

- Śpiewa Pan piosenki w różnych językach ...

- Tak, śpiewam po polsku, ukraińsku, angielsku, hiszpańsku, włosku, francusku, portugalsku. Wychodzi, że w ośmiu językach. Nawet nad tym się nie zastanawiałem...

- A ile w ogóle ma Pan piosenek w swoim repertuarze?

- Przestałem liczyć, przewaliło za 150. Są utwory, które wykonuję stale, ale są sezonowe, które z czasem brzydną. Chociaż nieraz - o ironio losu - po pewnym czasie znów do nich wracasz.

- Czy są to występy na żywo, czy można sobie pozwolić na playback?

- Tylko na żywo. Żadnego śpiewania z playbacku.

- Często sam Pan prowadzi koncerty. Dlaczego?

- Lubię komunikować się z widzami, być z nimi na jednej fali, żartować, dzielić się wrażeniami. To jest takie ekscytujące!

- Zapewne dużo Pan pracuje. A jak z odpoczynkiem?

- Nie lubię odpoczywać. Nie wiem co to jest. Może w domu, w ciszy. Nie lubię telewizji. Jeśli jest wolny czas, czytam.

- Co Pan czyta?

- Najbardziej lubiany pisarz to Bułhakow "Mistrz i Małgorzata". Przeczytuję go wciąż i wciąż. Ale i innych. Fascynuje mnie filozofia. Ale to jest temat osobny...

- Kreatywni ludzie są uzależnieni od nastroju, inspiracji...  Z jakich źródeł Pan to czerpie? Co może Pana natchnąć?

- Od dawna uprawiam chińską gimnastykę, Tai Chi, Qigong. Jestem trenerem chińskiej gimnastyki. Qigong jest bardzo pomocny, dyscyplinuje, szybko regeneruje siły witalne.

- Wiem, że ma Pan niemałe doświadczenie w pracy aktora...

- Tak, grałem w wielu filmach. W zasadzie były to role epizodyczne. Jeśli trzeba zagrać rosyjskojęzycznego gangstera - natychmiast mnie zapraszają (śmiech).

- W jakich znanych filmach Pan grał?

- "Barwy szczęścia", "Syberiada Polska", oczywiście "Jack Strong". To kontrowersyjny film o polskim oficerze, który pracował dla amerykańskiego wywiadu. Ale nie wszystko było tam takie proste, ponieważ była to współpraca w imię idei - przeciwko komunizmowi.

- W jakie wybitne osobistości Pan się wcielał?

- W "Jack Strong" grałem Leonida Breżniewa. W filmie "Hołd ruski" króla Wasyla IV Szujskiego - ostatniego z dynastii Rurykowiczów. Moja żona powiedziała wtedy: sekretarz generalny, car… jedyną rzeczą do odegrania pozostał Pan Bóg. I wtedy już wszystko: kariera się udała!

- Jakie, warte uwagi, koncerty poleciłby Pan w tym roku miłośnikom muzyki jazzowej?

- "Dresden Tradition Jazz & Dixi Festival" - międzynarodowy, najstarszy w Europie i jeden z najbardziej masowych festiwali jazzowych na świecie, który odbywa się w Dreźnie. W tym roku zaplanowano go na 19-16 maja. Istnieje już od ponad 40 lat, a każdorazowo odwiedza go ponad 500 000 osób. Cały tydzień w mieście króluje świąteczna atmosfera, parady orkiestr dętych na starym mieście, a nawet występy na pokładach najstarszej flotylli rzecznej na świecie…

Ostatnim akordem niedzielnego dnia był występ Siergieja Kriuczkowa na koncercie " Jazz&Step " w Zaporożu. Nie bez powodu francuska prasa nazywała Siergieja "Białym Armstrongiem". Jego fenomenalny głos, jazzowe fantazje spodobały się publiczności w różnym wieku. Usłyszawszy legendarne "What a Wonderful Life" i "Fly Me To The Moon", nie mieliśmy już żadnych wątpliwości - francuscy dziennikarze mieli rację!

Część dochodów z koncertu skierowano na leczenie maleńkiego mieszkańca Zaporoża.

Tatiana SMOLIANINOWA
fot. Igor GARMASZ

Передплатити „Dziennik Kijowski” можна протягом року в усіх відділеннях зв’язку України