Dziś: czwartek,
14 listopada 2019 roku.
Przegląd do nr 603 – listopad 2019 r.
Przeczytaj
Interesująca książka
„Lato’39. Jeszcze żyjemy”

Wydawnictwo Bellona wprowadza na rynek księgarski nową swą książkę o tytule jak wyżej, autora Marcina Zaborskiego, pragnąc nam przypomnieć, że latem 39 roku, też było upalne, tyle, że już dużymi krokami zbliżał się wojenny dramat. Licząca 366 stron i w twardej okładce  książka, jest oparta o zapisy prasowych  informacji, opisów i reportaży  pomieszczonych w lipcu i sierpniu 1939 roku w ówczesnej polskiej prasie. Wśród tytułów gazet, m.in. przewijają się, „Dziennik Bydgoski”, „Express Poranny”, „Gazeta Lwowska”, „Gazeta Polska”, Kurier Warszawski”, „Kurier Wileński”, „Polonia”, „Skamander” i „Wieś Polska”. Dość szeroki i ciekawy materiał prasowy wzbogacany jest pamiętnikarskimi książkami takich, m.in. autorów jak, Władysław Kisielewski, Maja Łozińska, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Olgierd Terlecki, czy Marek Żebrowski.

  Marcin Zaborski próbuje odtworzyć świat ostatnich miesięcy poprzedzających realizację gorących pragnień  agresywnego sąsiada zza Odry, Niemiec. Przywołuje zapachy i smaki. Pokazuje codzienne życie Polaków, zabiera nas na przedwojenne ulice wielu miast i miasteczek, opisuje z jakimi problemami zmagają się w tamtym czasie ich mieszkańcy. Towarzyszy im w podróżach do popularnych kurortów i badów. Przygląda się turystom na plażach nad polskim Bałtykiem, śledzi modowe trendy, zaglądając do walizek i szaf polskich kobiet.

  Podążając wytyczonym szlakiem tej książki, słyszymy uliczny hałas, widzimy pękające w szwach podmiejskie kolejki, dowiadujemy się o matrymonialnych oszustach, organizowanych coraz częściej nocnych wyścigach nietrzeźwych kierowców i in. Czytamy o prężeniu muskułów w polskiej armii („guzika od munduru nie oddamy…”), mamy przed oczami dramatyczne sceny z Gdańska, dowiadujemy się o dyplomatycznych  zabiegach,  które mają uchronić świat przed zbliżającą się zawieruchą. Nadzieja na to, że uda się jej uniknąć przeplata się tu z przekonaniem o nieuchronności starcia, które miało zmienić świat już na zawsze.

  Liczne w tej książce  czarnobiałe zdjęcia przedstawiają wiele polskich miejscowości. Reporterskie opowieści dotyczą Warszawy, Krakowa, Katowic, Wilna, Lwowa, Gdańska, Gdyni i innych miast i miasteczek II Rzeczypospolitej. Dostrzegamy wystawione do słońca uśmiechnięte twarze, ciężkie walizy pakowane do zatłoczonych pociągów odjeżdżających nad morze, albo w góry, beztroskie pary tańczące na placach, bulwarach i ulicach miast. Starsze osoby wyjeżdżały po zdrowie do wód, by później spacerować po deptakach renomowanych kurortów.

Lecz codzienne życie Polaków polegało też na  kopaniu rowów przeciwlotniczych, gromadzeniu zapasów żywności i nauce, jak sobie poradzić z bojowymi gazami.  Jednocześnie panie potrafiły jeszcze rywalizować w organizowanych przez miasta konkursach na najbardziej ukwiecone balkony i ogrody. W kurortach dziarscy panowie i podtrzymujące swą urodę panie, oklaskiwali  do woli orkiestry symfoniczne w parkach zdrojowych, popijali lecznicze wody i flirtowali, nie bardzo chcąc wierzyć, że nadciąga wojenna pożoga. A może tylko postanowili za wszelką cenę zlekceważyć nieuchronność zbliżającego się dramatu -  kto to wie?

  Prowokuje i przyciąga do siebie Bałtyk. Piękne Chałupy witają letników szpalerami drzew, Puck ładnie zagospodarowanym portem rybackim, czekają już na nich  w Jastarni, Juracie i Orłowie.

Dowiadujemy się, że na Helu można się wyspać za pięć i pół, sześć złotych. Dlatego płyną  z Polski, Wisłą nad Bałtyk turystyczne statki Vistuli, dowożą letników pociągi.  Jeszcze w czerwcu i to przez cały tydzień bawił w Juracie, sam minister Beck.

Ale, uwaga, w Sopotach ( nie Sopocie!), pustawo, a to dlatego, że latem na naszych wodach terytorialnych odbywały się ćwiczenia polskiej floty i  z sopockiej plaży widać było sylwetki okrętów i słychać było detonacje artyleryjskich strzałów. To wystarczyło, żeby dworzec w Sopotach  rychło zapełnił się jeszcze wczorajszymi  plażowiczami z bagażami. I nie pomogły wyjaśnienia, że jeszcze wojny nie ma… oni wiedzieli swoje i kupowali bilety do Niemiec. W Gdyni tymczasem, miały miejsce Dni Morza i z megafonów słychać było przemówienie prezydenta RP wygłoszone na Zamku Królewskim w Warszawie, mówiące, m.in. o tym, że „Wolne Miasto Gdańsk, jak przez wieki związany jest z nami licznymi więzami”. Stąd na Placu Grunwaldzkim donośnie gardłowano: „kto podniesie rękę na polskie Wybrzeże, wywoła wojnę, w której sam musi polec” (…) Będziemy je wspomagać i bronić. Tak nam dopomóż Bóg”.

  W Warszawie, w tych dwóch letnich miesiącach życie toczy się w miarę normalnie, ludzie pracują, ogródki kawiarniane są przepełnione, a w parkach, Paderewskiego, Żeromskiego i Deresza, pogrywa wojskowa orkiestra, ludzie wciąż tańczą. Pod miastem, np. w Radości, gdzie zamieszkują bankowcy, nauczyciele i kolejarze, kupiectwo w zdecydowanej większości należy do polskich kupców. Także  posesje, są w polskich rękach  - na 286, do Polaków należy 279, a tylko 7 do Żydów. Na 4 tysiące stałych mieszkańców, Żydów jest tylko 50. Statki pasażerskie na Wiśle pomiędzy Siekierkami i Bielanami, kursują po staremu i już mówi się, że będą kursowały także do Wilanowa i Młocin. W okolicy mostu Poniatowskiego stworzono nowe zieleńce, porządkuje się tereny, w okolicy mostu Kierbedzia, zamykane są dzikie plaże, bo coroczne badania wody w rzece, są bezlitosne.

  Któraś z gazet podaje, że w Wilnie ktoś puścił plotkę, iż może zabraknąć wody i zapobiegliwe gosposie już zaczęły robić zapasy. Bzdura! Wody w Wilnie nie brakuje – brzmi odpowiedź. Wylać tę wodę… W mieście Orląt mieszkańcy witają maszerujących kilka kilometrów żołnierzy i krzyczą: „Wracajcie zdrowi”, „Pójdziemy wkrótce wszyscy za wami!” Lecz im bliżej końca sierpnia, na wileńskim dworcu pociągi przepełnione, kobiety żegnają odjeżdżających żołnierzy. Na dworcu kolejowym we Lwowie rejwach też niebywały, podobnie jak w Wilnie. Na ulicach nastrój podniecenia, poruszenie, nerwowość i zamęt. Warszawskie mury krzyczą obwieszczeniami. Minister spraw wojskowych zarządził pogotowie obrony przeciwlotniczej. Będzie trwać aż do odwołania. Co się stanie dalej?…

  Marcin Zaborski wykonał kawał dobrej roboty, przeczytał stosy przedwojennych gazet i wiele powojennych książek. Wybawił nas od tego, abyśmy, my, chcąc dowiedzieć się cokolwiek o ostatnich tygodniach i  dniach, II RP, sami musieli nad nimi ślęczeć. Pisze on ciekawie i interesująco – i co ważne! – nie prezentuje własnej opinii nawet, jeśli się z czymś nie zgadza. Obok dziennikarskich relacji przywołuje jeszcze świat wyobrażeń poprzez zamieszczenie na wielu stronach wierszy ówczesnych poetów i każe nam się zastanowić, czy więcej jest w nich romantycznych uniesień, czy jednak rytmicznych uderzeń w werble.

Autor zaprasza nas do świata, którego już nie ma i sami mamy  odpowiedzieć na pytanie, czy chcemy go poznać czy nie? Jeśli tak, bardzo proszę, księgarnie czekają.

Red. Irena Zofia PIELKA

Передплатити „Dziennik Kijowski” можна протягом року в усіх відділеннях зв’язку України