Dziś: wtorek,
11 sierpnia 2020 roku.
Przegląd do nr 621 – sierpień 2020 r.
Archiwum 2010-2011
Losy i drogi
A życie trwa...

Sędziwy weteran II wojny światowej Wiktor Więckiewicz opowiedział młodym żytomierzanom o swoich perypetiach życiowych

Dzięki takim ludziom narody europejskie obecnie mogą żyć w pokoju...

O żyjących kombatantach Wojska Polskiego, którzy oddali swoją młodość, zdrowie, wymarzonej wolności i niepodległości Polski, trzeba pisać i mówić wszędzie. Ci ludzie są żywymi świadkami historii i dla współczesnego społeczeństwa mogą służyć jednym z najciekawszych źródeł informacji.

Ponieważ bardzo interesuję się historią Polski, wzięłam udział w kursie internetowym „Opowiem ci o wolnej Polsce”, realizowanym przez Centrum Edukacji Obywatelskiej, Instytut Pamięci Narodowej oraz Muzeum Powstania Warszawskiego. W ramach projektu został stworzony zespół z młodzieży, przeważnie studentów, którzy bardzo chcieli poznać „historią żywą” za pośrednictwem bohaterów z ich bezpośredniego otoczenia, żeby rozszerzyć swoją wiedzę o Katyniu oraz represjach w czasach stalinizmu.

Postanowiliśmy stworzyć plakat, gdzie zostały umieszczone zdjęcia pokazujące, że zbrodnia katyńska to rozstrzelanie ponad 14 tysięcy polskich jeńców wojennych i blisko 7 i pół tysiąca cywilnych więźniów (razem ponad 21 tysięcy osób), dokonane wiosną 1940 r. na polecenie najwyższych władz ZSRS. Za zbrodnię tę odpowiada zatem państwo sowieckie jako takie: jego funkcjonariusze – państwowi i partyjni.

Na ich sumieniu jest jeszcze wiele złamanych ludzkich losów, o czym raz jeszcze przekonałam się po niedawnym spotkaniu z członkiem Związku Kombatantów i Osób Represjonowanych, Związku Polaków na Ukrainie oraz Związku Sybiraków - Wiktorem Więckiewiczem, które odbyło się w Żytomierzu na Malowance.

Spotkanie to połączyło ból wspomnień pana Wiktora i pewne zaspokojenie z powodu tego, że młodzież nie jest obojętna wobec swojej przeszłości. To, co zostało powiedziane, zostawiło niezapomniany ślad w pamięci uczestników. Podaję najważniejsze fragmenty wywiadu ze świadkiem dalekiej już historii.

Mówi pan Wiktor:

Ja, Więckiewicz Wiktor s. Leona, urodziłem się 12.09.1925 r. w głęboko wierzącej patriotycznej polskiej rodzinie. Tak się złożyło, że miałem niełatwe dzieciństwo.

Mój ojciec skończył budowę miejskiej poczty i jako przodownik pracy zatrudniony został bezpośrednio w urzędzie poczty, gdzie jako listonosz i pracował aż do dnia 14 maja 1938 r., w którym to wysunięto wobec niego bezpodstawne zarzuty. Do aresztu zabrano go bezpośrednio z miejsca pracy zaś na drugi dzień o świcie (tj. o 4 godz. rano) do naszego mieszkania wtargnęła dzika brygada NKWD-zistów, udających, iż nie wiedzą, że ojciec jest już „u nich”. To było okropne!

4 października moją rodzinę osierocono - ojca jako „wroga narodu” bezprawnie rozstrzelano. Ja skończyłem wtedy 5 klasę Szkoły nr. 1 na Malowance.

Tak, dzieciństwo miałem niełatwe, ale i młodość nie lepszą. Minęło już 49 lat od tej przełomowej chwili w moim życiorysie, ale dotąd nie potrafię zrozumieć, jak padłem pastwą czyichś okrutnych rąk...

Ale po kolei. W dniu 25.03.1944 r. zostałem powołany do Wojska Polskiego. Służbę czynną pełniłem w 2 Pułku Łączności z początku w Żytomierzu we wsi Lewkow, następnie na obrzeżach Lublina w Majdanku a potem w Warszawie (jedn. wojsk. Nr 2938).

Dobiegał końca drugi rok pokoju, po zwycięstwie nad Niemcami. To była pierwsza dekada marca 1947 r. Trwała reorganizacja Wojska Polskiego. Nasz 10. Samodzielny Dywizjon Głównego Inspektoratu Artylerii WP. stacjonował we Włochach pod Warszawą. Dowódcami sztabu Artylerii WP byli znani mi generałowie i oficerowie wśród nich: d-ca art. WP gen. broni Czarniawski, szef sztabu - gen. major Dudinskij, szef wydziału łączności płk Ławrynowicz, szef podwydziału radio-łączności mjr Mikus, szef wydziału organizacji mobilizacji i uzupełnień płk Kowalski. Wszyscy oni byli oficerami radzieckimi, a tacy zajmowali wówczas prawie wszystkie etatowe, stanowiska dowódcze. Moja jednostka wojskowa miała być reformowana, a żołnierze służby czynnej powinni byli rozesłani do innych jednostek.

To był szczyt mojej kariery, w służby czynnej w WP. Wówczas byłem w stopniu ogniomistrza. Miałem nadzieję i perspektywę awansu.

Aczkolwiek nadzieje te okazały się płonne.

W dniu 09.03.1947 r. zawezwał mnie szef sztabu por. Konopski i powiadomił, że oto są już gotowe na mnie wszystkie dokumenty i w poniedziałek mam odjechać do Koszalina (Pomorze Zachodnie), gdyż jestem przeznaczony do pełnienia dalszej służby w 78. Pułku Artylerii Obrony Przeciwlotniczej Wybrzeża Bałtyku. I rzeczywiście wypisano mi niezbędne dokumenty: skierowanie, atestaty (mundurowy, żywnościowy), charakterystyka służbowa. Miałem do dyspozycji dwa dni do załatwienia swoich spraw na miejscu.

Nigdy jednak nie podejrzewałem, że ostatniego dnia mogę być tak oszukany, nie wiadomo z czyjej niedobrej chęci i w tak cyniczny sposób.

Otóż następnego dnia niespodziewanie znów szef sztabu por. Konopski dał mi polecenie odnieść list do naczelnika Wydziału Informacji Warszawskiego Okręgu Wojskowego WP mjr Nikitina. Tak wypadło, że ten urząd w niedzielę nie pracował, a zatem wracając do jednostki, po drodze poszedłem na pierwszy seans po wojnie do kina „Palladium", na radziecki film „Czarodziejski kwiat”, po czym wróciłem do swojej jednostki wojskowej.

I tu do dziś nie mogę zapomnieć tej przełomowej chwili w moim losie: oto wchodzą, dwaj żołnierze z automatami i sucho informują mnie, że mają rozkaz odprowadzić mnie na Pragę do KM3 przy „Smierszu” Warszawskiego Okręgu Wojskowego Wojsk Radzieckich. Przypomnę, że „Smiersz” (skrót od ?????? ???????” - śmierć szpiegom) był represyjną komórką kontrwywiadu wojskowego. Tam od razu przyjęli mnie niczym najgroźniejszego przestępcę. Nie mogłem pojąć, czego ode mnie chcą, co chcą ze mną zrobić i za co to wszystko? Obszukano mnie, odebrano wszystkie rzeczy, dokumenty. Zerwano z munduru polskie odznaczenia, a naramienniki „wyrwano z mięsem”. Po takim „przyjęciu” już nie byłem podobny do żołnierza. Pobity straciłem przytomność.

W celi było już 16-18 osób ze środowisk wojskowych. Zrozumiałem, że niczego dobre­go oczekiwać nie mogę. Po trzech dniach z decyzji prokuratora „Smiersz" ppłk. Dobronrawowa przynieśli mi „order" - polecenie na areszt.

Śledztwo z początku powierzono kpt. Samojłowowi, który zapoczątkował kolejną sprawę nr 119510 i zaczęło się długie, żmudne dochodzenie. Oskarżono mnie o zdradę ojczyzny i wiele innych przestępstw, których nigdy nie popełniałem. Stwierdzono też, że ja, urodzony w Żytomierzu, posiadam na tej podstawie obywatelstwo radzieckie i powinienem wrócić do ZSRR, ale muszę ponieść karę.

 Dla śledczego najważniejsze było to, że pochodzę z rodziny represjonowanej w latach 1937-1938 i tego było dosyć, aby moją sprawę „dopasować” do artykułu 58 Kodeksu Karnego RSFSR i przekazać do Trybunału Wojskowego. Nie będę wymieniał metod sztuki śledczej, prowadzących do podpisania dokumentów o zakończeniu śledztwa i w konsekwencji otrzymania miana zdrajcy ojczyzny - „wroga narodu”.

18 czerwca 1947 r. odbyła się wcześniej przygotowana rozprawa sądowa Trybunału Wojsko­wego warszawskiego garnizonu wojsk radzieckich. Odczytano oskarżenie i wyrok: 10 lat obozów i 3 lata pozbawienia praw obywatelskich po odbyciu kary.

Gdy wezwano mnie do stołu, by poświadczyć podpisem, że zapoznałem się z wyrokiem zauważyłem na stole, w otwartej teczce przyczepiony do mojej sprawy skrawek papieru - to był właśnie ten donos - meldunek, który własnoręcznie przekazałem od szefa sztabu jednostki wojskowej naczelnikowi Wydziału Informacji mjr Nikitinowi. Było tam tylko jedno zdanie: „podejrzany w chęci pozostania w Polsce”... i podpis.

Tak, to był podpis d-cy baterii por. Andrzeja Siniawskiego i tego wystarczyło, aby fatalnie przemienić mój los. Taka była rzeczywistość.

I oto 12 grudnia 1947 r. po długiej wędrówce przywieźli nas wreszcie do „stolicy lagrów” zagłębia węglowego - Workuty. Przywitał nas obóz 1 Kopalni Węgla „Kapitalnaja” tzw. kombinatu „Workutaugol”...

Wiktor Więckiewicz mozolnie pracował w kopalni ponad normę. To właśnie „pozwoliło” mu wcześniej opuścić Workutę – został przedterminowo zwolniony 3 lata i 3 miesiące przed zakończeniem terminu wyroku. Ale ile kosztowało to zdrowia i wysiłku, aby wytrwać i w 1953 roku – roku śmierci „wodza narodów” powrócić na wolność.

Całe pokolenia naszych rodaków przeżywały swoje „czarne karty historii”. Miejmy nadzieję, że nasi potomkowie nigdy już nie będą zabawką w rękach polityków...

Nad artykułem pracowali:
Wiktoria ZUBAREWA, Maryna żYGADŁO, Witalij CYPORENKO, Aleksa ŁOBUNIEC

Передплатити „Dziennik Kijowski” можна протягом року в усіх відділеннях зв’язку України