Dziś: poniedziałek,
22 października 2018 roku.
Przegląd do nr 577 – październik 2018 r.
Kultura
Polska muzyka lat 50.
KIEDY SOCJALIZM SPOTKAŁ SIĘ Z REBELIĄ


"Budujemy nowy dom" po raz pierwszy wykonał Chór Czejanda

Dekada kończącego się w Polsce stalinizmu i odwilży rozbrzmiewała muzyką wspieraną przez partię, niosącą komunistyczną pochwałę pracy, egzotyczną dla ucha dzisiejszego słuchacza, ale i zakazanym, rebelianckim jazzem, granym w zadymionych piwnicach ukrytych przed okiem oficjeli. Polska muzyka lat 50. to także przesiąknięte nostalgią orkiestry radiowe i pierwsze utwory rockandrollowe.

Budujemy nowy dom

W latach 50. zniszczenia wojenne wciąż były w Polsce widoczne na każdym kroku. II wojna światowa pochłonęła nie t ylko 6 milionów istnień, ale też zrównała z ziemią miasta i wioski. Warszawa ucierpiała wyjątkowo dotkliwie – w wojnie zginęło ponad pół miliona jej mieszkańców, a około 85% budynków legło w gruzach. Wielka odbudowa stolicy stała się symbolem odradzania się państwa.

Ale komunistyczna Polska nie była już wolnym krajem jak przed wojną. Sowieci narzucili swój porządek również w sferze estetyki, pod postacią obowiązującej w latach 1949-1956 doktryny socrealistycznej, mającej głosić komunistyczną wizję świata i poruszać tematy robotnicze. Socrealizm objął wszystkie formy twórczości, włącznie z muzyką. Jednak nawet te mroczne czasy rozświetlały artystyczne iskry.

"Budujemy nowy dom" wykonywany przez Chór Czejanda, to wielki przebój z komedii muzycznej Gozdawy i Stępnia "Wodewil warszawski", napisanej dla warszawskiego Teatru Syrena w roku 1950. Ten musical o odbudowie Warszawy miał typową dla tych czasów socrealistyczna treść, bohaterami byli  staroświecka „przedwojenna" ciocia, nowoczesna bratanica, inżynier-wynalazca, spiskujący czarny charakter, ale najważniejsi byli dzielni warszawscy murarze.

Musical był niezwykle popularny, wystawiany był 300 razy.

Socrealistyczny charakter tekstu nie przytłoczył udanej kompozycji. Podobnym przypadkiem jest "Czerwony autobus" z 1952 roku, piosenka sławiąca warszawski transport publiczny. Tekst napisał Kazimierz Winkler, a muzykę skomponował Władysław Szpilman, uznany polski kompozytor żydowskiego pochodzenia, którego wojenne losy sportretował Roman Polański w oscarowym "Pianiście".

Jazzowe podziemie, dansingi i zimna wojna

Wspomniane utwory stały się prawdziwymi hitami i pamiętane są do dziś. Jednak znaczna część ówczesnej muzyki grana była na okrągło w radiu nie ze względu na szczególną jakość czy popularność, a jedynie dlatego, że tak nakazywała partia. W 1949 roku władze zakazały grania w rodzimych rozgłośniach jakiejkolwiek niepolskiej lub nieradzieckiej muzyki. Zakaz zniesiono dopiero w połowie lat 50., do tego czasu na okrągło grano nawet nijakie utwory pokoju "Walczyku murarskiego".


Sława (Stanisława) Przybylska. Największe sukcesy odnosiła śpiewając ballady romantyczne i akompaniując sobie na gitarze.  Uczyła się śpiewu u prof. Wandy Wermińskiej

Dlatego też, co zrozumiałe, rozwinęła się muzyczna kontrkultura, wówczas oznaczająca jedno – jazz. W 1949 roku zabroniono wykonywania jazzowych koncertów i emitowania jazzu w radiu. Gatunek ten symbolizował zachodni styl życia, więc za jego granie można było popaść w tarapaty – na przykład zostać wyrzuconym z uczelni. Przy wszystkich swoich wysiłkach rządzący zapomnieli jednak o tym, że zakazany owoc smakuje najlepiej. W efekcie, przeciwnie do zamierzeń, jazz stawał się coraz bardziej modny. Jazz grany był na towarzyskich potkaniach, które odbywały się w zaadaptowanych piwnicach .

Ale jak w każdej dziedzinie sztuki, granice w muzyce nie są wyraźnie zakreślone. Kto decyduje o tym, co jest, a co nie jest jazzem? Oficjele delegowani do obserwowania koncertów, często ludzie prości, nie byli pewni co do tego, czy grana akurat muzyka była zabroniona czy nie... Sprawę jeszcze bardziej komplikował fakt, że choć jazz jako taki był zakazany, tak już muzyka, w której pojawiały się jazzowe motywy – nie.

Chuligańskie zachowania i spadające kasztany

Wkrótce po śmierci Stalina w 1953 roku socrealistyczna doktryna osłabła. Słusznie nazywa się ten okres mianem "odwilży". W muzyce rozluźnienie stało się widoczne, gdy w 1956 roku władze zezwoliły na organizację I Ogólnopolskiego Festiwalu Muzyki Jazzowej w Sopocie, zaledwie rok po zniesieniu zakazu organizowania występów jazzowych. Tysiące ludzi ściągnęły do Sopotu na sierpniowy, trwający tydzień festiwal, by posłuchać takich grup jak wspomniani Melomani, Sekstet Komedy czy zespołu pianisty Zygmunta Wicharego. Największe wrażenie na publiczności wywarł podobno nowoczesny jazz Komedy

Dobra atmosfera wydarzenia obleganego przez wielu młodych, świadomych mody miłośników muzyki była nie w smak konserwatywnym mediom, w których pojawiły się liczne doniesienia – fałszywe i wyolbrzymione – na temat "chuligańskich" i "nieprzyzwoitych" zachowań. Ale jako że w rzeczywistości nie doszło do żadnych incydentów, władze zezwoliły na organizację kolejnej edycji festiwalu rok później.

Radio również zaczęło się zmieniać. Rzadziej grano w nim piosenki o pracy, jazz powoli przedostawał się na antenę. Najczęściej emitowane utwory wykonywane były przez państwowe orkiestry radiowe i śpiewane przez różnych wokalistów.

Jedna z najbardziej interesujących piosenek z tego okresu to "Kasztany" w wykonaniu Nataszy Zylskiej, jednej z największych wokalnych gwiazd epoki. Jak pisano „potrafiła wspaniale zinterpretować nawet najbardziej błahe melodie. Miała warsztat, wyczucie i dramatyczny talent”.

W albumie znalazły się też dwie piosenki w wykonaniu innej gwiazdy tamtego czasu, Sławy Przybylskiej. Przybylska zasłynęła jednak inną piosenką, uwodzącą balladą miłosną "Pamiętasz była jesień", nagraną do filmu "Pożegnania" Wojciecha Jerzego Hasa z 1958 roku.


„Rythm and Blues
“–pierwszy polski zespół rockowy. „Jesteście na Śląsku. Nasza młodzież uczy się i pracuje. Raz w tygodniu chciałaby kulturalnie wypocząć, nabrać sił do dalszej nauki i pracy. Nie interesują nas wynaturzone mody, nie chcemy rozwydrzenia i rozpasania” –  tak zareagował na jego występy i ówczesny I sekretarz KW PZPR w Katowicach  Edward Gierek

Choć znaczna część muzyki głównego nurtu  lat 50. krytykowana była jako nudna, infantylna, a nawet miernie wykonana, niektóre piosenki, jak wspomniane "Kasztany", przetrwały próbę czasu i do dziś wabią nostalgicznym urokiem. Złe piosenki były jednak faktycznie złe. Pewien artykuł z 1958 roku opisuje na przykład utwór "Pies Dingo" jako "zupełnie pozbawiony sensu", co staje się zrozumiałe, kiedy przeczytamy pierwszą linijkę tekstu: "Pies, mówią, że pies, nerwowy jak pies - dingo, prawie że lis".

Początek rockowej rebelii

Pod koniec lat 50. jazz jako muzyka młodego, zbuntowanego pokolenia ustąpił miejsca rock and rollowi. Niektórzy jazzmani próbowali więc ugrać coś na nowej modzie. Saksofonista Jan "Ptaszyn" Wróblewski wspominał zespół Jan Grepsor i Jego Chłopcy, na czele którego stał Krzysztof Komeda:

Zespół Zygmunta Wicharego również uległ nowemu gatunkowi, wprowadzając jego elementy do swojego stylu. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że w latach 50. zarówno Komeda, Wichary, jak i inni polscy muzycy cieszyli się skromną międzynarodową sławą. Sekstet Komedy w 1957 roku zaczarował moskiewskich słuchaczy podczas Festiwalu Młodzieży. Rok później Wichary z zespołem zagrał na pierwszym Festiwalu Jazzowym na Węgrzech, ku uciesze sześćdziesięciotysięcznego tłumu zgromadzonego na Stadionie im. Ferenca Puskása w Budapeszcie.

Ale rockandrollowe wycieczki jazzmanów nie mogły zastąpić prawdziwego rock and rolla. Gdy więc na scenie pojawił się zespół Rythm And Blues – uznawany za pierwszy polski rockowy zespół z prawdziwego zdarzenia – wywołał duże poruszenie. Założony przez gitarzystę Leszka Bogdanowicza (właściwie Bogusława Grzyba) i wokalistę Bogusława Wyrobka (w jego skład wchodzili też inni piosenkarze, jak Marek Tarnowski) zespół po swoim pierwszym koncercie z dnia na dzień stał się sensacją. Koncert ten odbył się w marcu 1959 roku w małym gdyńskim klubie Rudy Kot. Uwagę zwracała czeska gitara Bogdanowicza marki Grazioso i rodzime interpretacje popularnych rockandrollowych utworów takich jak "Rock Around The Clock" i "Elevator Rock".

Nie trzeba było długo czekać na ogólnopolską trasę zespołu, w ramach której zagrał on na największych scenach, w tym kilkukrotnie w warszawskiej Hali Gwardii, za każdym razem przy pełnej widowni. "Sztandar Młodych" tak opisywał jeden z wrześniowych koncertów (w tym samym roku najsłynniejszy pisarz stolicy i miejski bard Stanisław Grzesiuk nagrywał pierwsze ze swoich słynnych wykonań klasycznych warszawskich piosenek):

Niestety, cudowna trasa zespołu Rythm And Blues skończyła się po 39 występach, w tym samym roku, kiedy się zaczęła. Komunistyczne władze nie były zadowolone z rodzaju rozrywki, jakiej dostarczał (pisano wtedy : (...)Bardzo wielu ludzi wyraża swój entuzjazm głośnym krzykiem i gwizdaniem (...).i wymusiły jego rozwiązanie.

Ale rock and rolla nie dało się zatrzymać. Kilku członków zespołu postanowiło kontynuować kariery w nowo utworzonym zespole Czerwono-Czarni, który również zyskał dużą popularność. Ale ich historia to już opowieść o kolejnej dekadzie.

Marek KĘPA
( KULTURA PL)

Передплатити „Dziennik Kijowski” можна протягом року в усіх відділеннях зв’язку України